Tak się ostatnio złożyło, że byłam wyjątkowo grzeczna. Albo może raczej (jak mawia ojciec) wyjątkowo nie byłam niegrzeczna. Wszystko jedno, w każdym razie Gryfindor nie tracił przeze mnie punktów. Zrobiło się miło i słodko, wszyscy byli zadowoleni. Problem jednak w tym, że zbyt grzecznym być nie można, bo rodzice mogą się wtedy człowiekowi za bardzo rozpuścić. Jakaś rutynowa awanturka, regularne marudzenie, parę fochów dziennie – są wręcz niezbędne, bo pozwalają trzymać rodziców krótko i kontrolować sytuację.
Ale – jak to mówią – to wszystko małe miki. Raz na jakiś czas człowiek potrzebuje jednak prawdziwych wrażeń. I od tego właśnie jest histeria. To taka awantura do kwadratu, bardzo relaksująca. Wpadam więc sobie w nią od czasu do czasu, a kiedy już wpadnę, wtedy dopiero można poczuć, jaka drzemie we mnie moc.
Histeria histerii nierówna, dlatego pewnie powstała specjalna skala, zwana w kręgach naukowych skalą Naduliny, która dokładnie określa moc i etapy wpadania w nią. A że histeria podobna jest na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka do huraganu, dlatego skala Naduliny jest wzorowana na skali takich dwóch panów S. (nie pamiętam nazwisk), która określa jak silny są huragany.
Jest nawet na ten temat odpowiedni wpis w wikipedii: TUTAJ
Na razie udało mi się parę razy uzyskać „czwórkę” w Skali Naduliny, ale ćwiczę cały czas, aby osiągnąć upragnioną, apokaliptyczną „piątkę”. To będzie czad!
Mam taką słabość, że lubię komplementy. Oczywiście otrzymywać, a nie dawać. Wiem, nie jestem oryginalna, bo prawie każdy lubi, jak się go chwali. Ale w moim przypadku różnica jest taka, że ja na te wszystkie komplementy po prostu zasługuję.
Komplementowana byłam w zasadzie od kołyski i to nie tylko przez rodziców, ale przez cały świat (a przynajmniej tę część, która miała przyjemność mnie poznać). Rodzicom potem trochę przeszło, ale świat się mną zachwyca dalej. I to coraz bardziej, bo i ja jestem coraz bardziej rozkoszna. A od kiedy nauczyłam się dziękować za komplementy, dostaję ich podwójną ilość, bo oprócz urody, gracji, powabu, zwiewności, inteligencji, sprytu, zdrowego wyglądu, odwagi, pewności siebie, bystrości umysłu i sprawności fizycznej, komplementujący doceniają także moje dobre wychowanie.
A niedawno udało mi się przejść na ostatni stopień wtajemniczenia – nauczyłam się wymuszać komplementy. Zdarza się bowiem (rzadko, bo rzadko, ale się zdarza), że ktoś, koło kogo przechodzę albo przejeżdżam na rowerku, jakimś cudem nie zwróci na mnie uwagi (przez co automatycznie pozbawia się możliwości odpowiedniego docenienia mojej cudowności). Wtedy staję ostentacyjnie tuż przed tym kimś i tak długo się wdzięczę, aż delikwent/ka się ocknie i się mną zachwyci. Przez moment wydawało mi się, że wymyśliłam coś oryginalnego i że trzeba to opatentować, ale tata mówi, że kobiety wpadły na to już wieki temu i stosują z powodzeniem do dziś, i że to nawet ma swoją nazwę - „kokieteria”.
No cóż, może i nie ja to wymyśliłam, ale na pewno ja doprowadziłam to do perfekcji.
Zdecydowałam, że do nauki mówienia podejdę racjonalnie. Nie ma się co męczyć i uczyć się wszystkiego. Do rządzeniem światem (a na wstępnym etapie rodziną) wystarczy przecież kilka podstawowych i niezbędnych zwrotów. Zrobiłam sobie taką małą listę.
Najważniejszym słowem dla każdego początkującego władcy jest oczywiście „nie”. Dlatego na samej górze mojej listy umieściłam zwroty, które je zawierają: „nie chcę”, „nie lubię”, „nie mogę”, „nie będę”, „to nie ja”. Moim osobistym ulubionym jest „nie rób tak”, które stosuję zawsze, gdy rodzice coś kombinują i próbują bez pytania zmienić utartą rutynę (a tego nie lubimy, o nie, mój ssskarbie). W urabianiu rodziców dobre rezultaty daje też używane naprzemienne „sama” i „pomóż” (pisałam już o tym tutaj). No i nie można zapomnieć o dwóch niezbędnikach: „daj” i „teraz”, które zastosowane odpowiednio (czyli często i głośno) potrafią czynić cuda. „Tak już było” może nieraz ocalić skórę. A zaczynanie zdania od „mamusiu”, „tatusiu” czy „dziadziusiu” też daje niezłe rezultaty.
Ale nie wystarczy znać te wyrazy. Trzeba je umieć odpowiednio użyć. Jak to mówią – podstawą jest dobry tajming. Dla przykładu - rodzicowi się spieszy z wyjściem i chce mnie szybko ubrać, ale popełnił błąd i nie uzgodnił tego ze mną wcześniej. Mnie się akurat nie spieszy, więc mówię: „nie rób tak”. Przeciwnik się dezorientuje, więc go dobijam: „sama” (że niby nie potrzbuję pomocy przy ubieraniu). No i zaczynam się wykazywać w temacie samoubierania. Przeciwnik przechodzi do (spóźnionych) negocjacji. Prosi, grozi, błaga, obiecuje wszystko. Wreszcie załamuje się i poddaje. A ja go wtedy traktuję łaskawym „pomóż” (że niby jednak potrzebuję trochę pomocy przy ubieraniu). Uszczęśliwiony rodzic jest wdzięczny, że się nie spóźnił, a ja mam przewagę psychologiczną i obiecaną czekoladę.
A gdybym się od razu posłusznie ubrała, to nie miałabym nic. Cbdu.
Dotarło do mnie ostatnio, że właściwie to nie mam własnego placu zabaw. Żeby się móc pobawić i rozwinąć towarzysko, musiałam łazić na sąsiednie podwórka. No może nie tyle łazić, co zasuwać na moim ukochanym Pukim (tak ma na imię mój rower). A zasuwam tak szybko, że zanim zdyszani i spoceni rodzice dobiegną za mną na plac zabaw, to ja zdążę się na nim wybawić i znudzić, i możemy już właściwie wracać. Tak więc nie przeszkadzało mi, że muszę dojeżdżać.
Aż tu kilka dni temu pod moim blokiem jak diabełek z pudełeczka pojawił się nowy plac zabaw. Nówka, nieśmigany. I dopiero teraz zrozumiałam, co to znaczy mieć SWÓJ plac zabaw i jak bardzo różni się to od cudzych placów zabaw. Nazwałam go Moim Placem Zabaw. Kiedy na niego przybywam, zmieniam się nie do poznania i robię rzeczy, których nigdy nie robiłam będąc na gościnnych występach. Wpycham się bezczelnie w kolejkę, komenderuję zastępami współtowarzyszy zabawy, wyganiam do domów tych, którzy moim zdaniem się zasiedzieli, albo po prostu mi się nie komponują. Na Moim Placu Zabaw (znanym także jako Najlepszy Plac Zabaw) to ja jestem najważniejsza i to ja dowodzę. Rzekłam.
Praca nad utrzymaniem porządku na Moim Placu Zabaw wymaga mnóstwa siły, poświęcenia i wytrwałości, bo jest oblegany od świtu do zmroku. Tłumy są takie dzikie, że nawet ojciec się zdziwił „skąd tyle tego”, skoro wcześniej okoliczne podwórka świeciły pustkami.
A mnie się wydaje, że wysoka popularność wynika po prostu z dobrego zarządzania.
Jest taki dowcip o tym, jak na zebraniu zwierząt lew zarządził, że podzieli się zwierzaki na ładne, które przejdą na prawą stronę polany, i mądre, które przejdą na lewo. Wszyscy się rozbiegli, zrobiło się zamieszanie, a gdy się uspokoiło, okazało się, że na środku została żaba. Lew pyta: „A ty, żaba, co?”. A żaba na to: „No przecież się nie rozerwę!”.
Podobno to stary dowcip, ale dla mnie jest nowy (dla mnie prawie wszystko jest nowe), dlatego o nim piszę. Poza tym to właśnie ja się czuję ostatnio jak ta żaba. Mam taki dylemat, bo często nie wiem, czy chcę robić różne rzeczy samodzielnie (co lubię), czy też chcę zaangażować do nich otoczenie (co też lubię, bo to fajnie mieć publiczność). A otoczenie stawia często opór i nie chce mi pomagać (twierdzi, że nie musi, bo umiem sobie poradzić). To mnie jeszcze bardziej wkurza i tym bardziej się tej pomocy domagam, bo nie lubię, jak się mnie lekceważy i nie robi tego, czego żądam. Ale kiedy już otoczenie zmęczone moim ciągłym marudzeniem kapituluje i przychodzi z pomocą, to mi się wtedy przypomina, że jednak lubię robić wszystko sama. Tak więc nasi sąsiedzi przez ścianę słyszą na zmianę: „Pomóż! Pomóż! POMÓŻ!” albo „Sama! Sama! SAAAAAMAAAA!” .
Najlepiej by było, jakby się dało to pogodzić – żeby mi pomagali, ale jednocześnie żebym mogła sama. Tylko jak to zrobić? Przecież się nie rozerwę…
Dawno temu postanowiłam, że zostanę młodą damą. I potraktowałam tę kwestię bardzo poważnie. Problem tylko w tym, że to kupa roboty. Trzeba się zachowywać, mnóstwo rzeczy nie wolno, a jeszcze mnóstwiej rzeczy się powinno. Niby próbowałam przez jakiś czas, ale na dłuższą metę człowiek nie dawał rady. Później doszłam do wniosku, że właściwie to zależy mi tylko na opinii obcych, bo rodzina mnie już zna aż za dobrze i z nimi nic nie ugram. Postanowiłam zatem sprężać się wyłącznie poza domem (a po powrocie ewentualnie odreagowywać). Ale to też było strasznie męczące, tak się ciągle grzecznie zachowywać. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy nie dać sobie spokoju.
Aż tu niedawno nauczyłam się mówić i to otworzyło zupełnie nowe możliwości. W byciu damą nie chodzi przecież o to, żeby siedzieć cały czas spokojnie i cicho i do tego durnie się uśmiechać (bo wszyscy wiemy, że to właściwie niewykonalne). Chodzi przede wszystkim o dobre wrażenie. A konkretnie: o dobre PIERWSZE wrażenie. Wystarczy więc na początku się ukłonić, rzucić kilka „Dziemdomby” albo „Dzienkujem bajdzio upsiejmie” (w ustach dwulatki to podobno brzmi ujmująco). A potem można już właściwie robić, co się tylko chce i wyczyniać różne cuda, a wszyscy i tak powiedzą, że jest się dobrze wychowaną dziewczynką. Prawdziwą damą.
Uważam, że to bardzo nowoczesne podejście do tematu. I tej wersji będę się trzymać.
Dorośli są strasznie naiwni. Tak mnóstwo rzeczy im się wydaje. Wydaje im się na przykład, że dzieci uczą się wyłącznie tego, czego się je celowo uczy. Błąd. Dzieci uczą się przede wszystkim tego, czego absolutnie nie powinny umieć i czego trzeba ich później celowo oduczać. Elegancko przyswajają też rożne bezsensowne rzeczy, które są im w ogóle do niczego nie potrzebne. A dopiero na samym końcu dociera do nich (o ile w ogóle dociera) to, co rodzice usiłują im wpoić.
Choćby taka nauka mówienia. Rodzice zapominają, że ja się uczę nie tylko wtedy, kiedy się mówi specjalnie do mnie różne grzeczne wyrazy, ale także (a może nawet zwłaszcza) wtedy, gdy siedzę cichutko w kąciku i nikt nie wie, że podsłuchuję. A potem zdziwiony ojciec się pyta, skąd ja znam to czy tamto. No przecież nie z powietrza.
Tak, tak, drodzy dorośli. My, dzieci, tylko czekamy, żeby bez żadnych skrupułów „sprzedać” na podwórku czy w przedszkolu wszystko to, co usłyszeliśmy w domu.
„Dorośli cieszą się jak dzieci, kiedy ich dzieci zachowują się jak dorośli”. Taka myśl przyszła mi do głowy, gdy ostatnio zastanawiałam się nad tematem samodzielności, głównie swojej. I jest to święta prawda, a moi rodzice wcale nie są wyjątkiem. Uczą mnie mnóstwa rzeczy, żebym mogła się wykazać, nabrała pewności siebie, a przy okazji przestała bez przerwy zawracać głowę jakimiś potrzebami, które sama mogę sobie zaspokoić. A ja, mimo że lubię sobie pomarudzić i porządzić wszystkimi naokoło, to nie mam nic przeciwko radzeniu sobie samemu i chętnie uczę się tych różnych sztuczek z własnoręcznym myciem rąk, otwieraniem drzwi, ubieraniem się, zakładaniem czapki czy butów.
Okazuje się jednak, że rodzice nawet w tym temacie nie umieją być konsekwentni. Bo niby owszem, chwalą się moją samodzielnością przed innymi, że tak już ich coraz mniej potrzebuję, że nawet czasem sama się bawię. Ale kiedy na ostatnim spacerze postanowiłam, że przez ulicę też będę przechodzić sama (żeby mama miała jeszcze jeden powód do dumy), to z jakichś niepojętych przyczyn matce się to nie spodobało. A że się już zdążyłam nastawić na to samodzielne przechodzenie, to uskuteczniłam elegancką awanturę, full-zestaw, z rykiem i tarzaniem się po asfalcie.
No bo w końcu „wszystko sama” czy „prawie wszystko sama”?
Minęły właśnie całe dwa lata, od kiedy pojawiłam się na świecie. Rodzice z tej okazji wyprawili huczne przyjęcie – najwidoczniej jeszcze im się nie przejadłam, skoro tak się cieszą z moich urodzin. W każdym razie jeśli chodzi o ilość słodyczy i prezentów trochę ich poniosło, bo kiedy zobaczyłam tę kupę zabawek, układanek, książeczek i instrumentów muzycznych, to już wiedziałam, że przesadzili. Nie to, żebym była niewdzięczna, bo jest super, że mnie tak rozpieszczają. Chodzi o to, że ja się nie umiem skupić na tylu rzeczach na raz i czuję, że mogę od tego nadmiaru zgłupieć.
Ale kiedy zobaczyłam, co dostałam od ukochanego wujka, wiedziałam, że nie będę miała problemu z wyborem najfajniejszego prezentu. Bo dostałam od niego śliczny, błyszczący i idealnie kolorystycznie dopasowany do mojej osobowości najprawdziwszy ROWEREK BIEGOWY! Niektórzy mówią, że to nie jest rower, bo nie ma pedałów i trzeba się odpychać nogami, ale oni się nie znają. Jest fantastyczny! Kiedy pierwszy raz na niego usiadłam, od razu poczułam się tak jakby dojrzalsza; jak prawdziwy uczestnik ruchu kołowego, a nie tylko zwykły pieszy. Na początku musiałam się trochę do niego przyzwyczaić (co dla niewprawnego oka mogło wyglądać jakbym uczyła się jeździć), ale teraz już naprawdę jeżdżę na tym moim rowerze. Co ja mówię: jeżdżę. Śmigam, zasuwam, pędzę jak błyskawica - to właśnie robię. Mam do kompletu kask z Kubusiem Puchatkiem (nie było takiego z moim ukochanym Misiem Bruno), w którym co prawda wyglądam, jakby miała głowę większą od całej reszty mnie, ale który skutecznie przykuwa uwagę całego osiedla. Dzięki temu robię (po raz kolejny) prawdziwą lokalną furorę.
Wystarczy, że się człowiek zmotoryzuje, a już się czuje jak dorosły.
Tak straszna moc drzemie w słowach, że to aż nie do pomyślenia. Odkrywam to od niedawna i testuję na moich rodzicach. Do tej pory elegancko udawało mi się nimi manipulować. Byli tak wytrenowani, że w lot domyślali się czego potrzebuję i z jakiego powodu ryczę. Chodzili jak w zegarku. Ale teraz, kiedy nauczyłam się już mówić (no może nie wszystko, ale wystarczająco, jak na bieżące potrzeby), dopiero widzę tę moc. Ile to ja się musiałam namarudzić, żeby mnie ojciec wziął na kolana, kiedy pracował albo jadł. A teraz wystarczy, że powiem: „Tatusiu, mogę usiąść?”, a siedzę na jego kolanach zanim jeszcze zdążę dokończyć zdanie. Tacy są wygłodniali mojego mówienia, tak długo żyli w niepewności, czy się kiedyś odezwę ludzkim głosem, że teraz każde moje słowo mogliby oprawić w ramki i powiesić zamiast swojego ślubnego zdjęcia.
Biedni rodzice. Nie wiedzą, że szybko im przejdzie ten początkowy zachwyt i jeszcze zatęsknią za czasami, kiedy nic nie mówiłam, a tylko co najwyżej się wydzierałam. Lekceważą ostrzeżenia bardziej doświadczonych rodziców, którzy biją na alarm, że dzieci, które umieją już mówić, są przyczyną stresu, nerwicy i chorób krążenia.
Gdybym tylko wiedziała, jak wielką siłę (sterowania innymi) daje mówienie, mówiłabym od dawna. No cóż, człowiek uczy się całe życie…